|
O Biblii, kreacjoniźmie i makroewolucji. |
|
Mam pytanie: czy uważasz, że rośliny, zwierzęta i ludzie
powstali przypadkiem na skutek ewolucji jednych gatunków w drugie?
Jeżeli jesteś ewolucjonistą (darwinistą, neodarwinistą,
zwolennikiem teorii przerywanych równowag czy jakimkolwiek
innym ewolucjonistą) to tak twierdzisz. Jeżeli tylko biernie
przyjmujesz to czego cię uczyli (uczą) w szkole
i pokazują w telewizji jako ogólnie obowiązujący
pogląd to, sam o tym nie wiedząc,
też tak twierdzisz.
Ja twierdzę, że tak nie było.
W tym rozdziale chciałym przedstawić sytuację na froncie taką jak ona wygląda. Wojna toczy się o to: czy świat został stworzony czy też wyewoluował (stał się przypadkiem). Czy da się te dwie rzeczy pogodzić? Większość ludzi uważa, że można. Łączy się ewolucjonizm z kreacjonizmem w ten sposób, że przyjmuje się współczesny ewolucyjny model powstania świata dodając do niego zdanie, że ewolucja jest sposobem w jaki Bóg stwarzał świat. Pogląd taki nazywany jest ewolucjonizmem teistycznym lub ewolucyjnym modelem kreacjonizmu. Wydaje mi się, że obecnie większość społeczeństwa (a więc być może i ty) przyjmuje ten pogląd, głównie dlatego, że w cudowny sposób godzi on dwa światy: ten, o którym mówi się w szkole, telewizji, w gazetach, w czasopismach, jednym słowem to co mówi "nauka", z tym co mówi kościół (ewentualnie Biblia) religia, tradycja, historia czy kultura. Człowiek o takich poglądach (pół-ewolucyjnych, pół-kreacjonistycznych) może z czystym sumieniem powiedzieć w kościele, że Bóg stworzył świat, a w szkole, że świat powstał za pomocą ewolucji wcale sobie nie przecząc, po czym iść do domu i spać spokojnie mając w głowie jaki taki ład i porządek. Niestety wadą przyjęcia takiego poglądu jest to, że trzeba sobie zatkać uszy na wszystko co próbuje bardziej zagłębić się w problematykę i co podchodzi krytycznie i zbyt badawczo do tematu, bo może okazać się, że cała ta misterna ewolucyjno-kreacjonistyczna konstrukcja nie będzie chciała trzymać się razem i podstawa całego światopoglądu runie z hukiem zostawiając nas zagubionych, nie wiedzących co jest grane.
Po głębszym zastanowieniu łączenie teorii ewolucji wraz ze wszystkim co ona ze sobą niesie z ideą stworzenia wydaje się niemożliwe. Przede wszystkim główną myślą teorii ewolucji, zarówno wtedy kiedy ona powstawała, jak i teraz było i jest stwierdzenie, że świat mógł powstać i powstał sam, bez udziału żadnej istoty, która by go miała stworzyć. Ewolucja jako filozofia eliminuje potrzebę istnienia stwórcy. Jaki sens ma więc dorzucanie do całej teorii tego zbędnego elementu, bez którego cała teoria doskonale się obywa, stworcy? Bo przecież stwierdzenie, że świat został stworzony pociąga za sobą automatycznie to, że ktoś ten świat stworzył. A to znowu pociąga dalsze niewygodne pytania: kto go stworzył, jaki ten ktoś jest, po co to wszystko stworzył, czego oczekuje i tak dalej. A przede wszystkim konsekwencją uznania istnienia stworzyciela jest to, że człowiek zawdzięcza komuś to, że istnieje i musi coś z tym zrobić, podczas gdy ewolucja stwarza mu komfortową sytuację - czyni człowieka panem siebie i całego świata, nie zawdzięczającego nikomu niczego.
Dalsza trudność spotyka każdego, kto zna choć trochę Biblię. Biblia nie daje się pogodzić tak łatwo z oficjalnie obowiązującą teorią powstania świata. Nie zgadza się kolejność powstawania rzeczy (co innego mówi nauka, co innego Biblia). Nie zgadza się czas (wg Biblii od stworzenia Adama do dziś upłynęło ok. 6000 lat). Nie zgadza się fakt zatopienia całej ziemi w potopie, o czym teorie ewolucyjne milczą podczas gdy Biblia mówi wyraźnie o potopie ogólnoświatowym. Stwierdzenie, że zwierzęta i rośliny rozmnażają się "wg swoich rodzajów" gryzie się potwornie z naczelną zasadą makroewolucji - że poszczególne rodzaje organizmów powstawały (ewoluowały) od innych rodzajów. Poza tym jeżeli ewolucja rzeczywiście miała miejsce to Bóg w takim razie musi być niezłym oszustem - bo nigdzie w całej Biblii o tym nie ma słowa - za to ciągle jest mowa o stworzeniu w dosłownym rozumieniu tego słowa. Dalsza trudność: Biblia mówi wyraźnie o sześciu dniach stworzenia, mówi o tym bardzo wyraźnie: dzień n-ty, potem wieczór i poranek. Jeden wieczór i jeden poranek. Gdybym ja chciał napisać, że w określonym przedziale czasu coś się wydarzyło, to nie użyłbym słowa "dzień", żeby nie wprowadzać czytelnika w błąd. A jeżelibym już użył to na pewno nie pisałbym, że upłynął po tym czasie jeden wieczór i jeden poranek. Studiowanie oryginału Starego Testamentu tylko to potwierdza: hebrajskie słowo "jom" znaczy dokładnie tyle co polskie "dzień" i jest tak samo używane.
Po choćby powierzchownym zbadaniu tematu widać,
że godzenie idei powstania świata z niczego
z ideą powstania świata z jednej komórki, która powstała
przypadkiem jest bezsensowne. Wydaje się mało
prawdopodobne, że stworzeniż starać się lepić
z kilku teorii i filozofii coś co nadaje się do przyjęcia
dla współczesnego człowieka i jest w miarę wygodne.
Wszystkich nas w szkole uczono o tym jak to dawno, dawno temu
na ziemi nie było życia. A potem któregoś dnia pod wpływem
nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności odpowiednie związki
chemiczne zgromadziły się w jednym miejscu, w które na dodatek
walnął piorun i powstała pierwsza komórka. No, a potem ta komórka
zmieniała się, rozwijała, mnożyła, ewulowała aż do najbardziej
skomplikowanych organizmów jakimi jesteśmy my sami.
Dobrze, ale jakie mniej więcej jest prawdopodobieństwo
powstania tej pierwszej komórki przypadkiem? Odpowiedź: "bardzo małe"
jest chyba trochę niewystarczające. W czasach kiedy formułowano
zarys teorii, którą wszyscy znamy ze szkoły wiedziano bardzo
mało o budowie komórki. W szczególności nie wiedziano też
o kodzie DNA. Jakie jest prawdopodobieństwo powstania pierwszej
komórki zawierającej sensowny kod DNA? Można to dość łatwo obliczyć,
kod DNA można wręcz z matematyczną dokładnością porównać
do pisanego języka. Alfabet taki składałby się z czterech
liter:
A - adenina
T - tymina
G - guamina
C - cytozyna
Litery połączone po trzy tworzą słowa (triplety), słowa ułożone
w sekwencje tworzą zdania (geny), zdania połączone ze
sobą tworzą paragrafy (operony). Dziesięć do stu
paragrafów tworzy rozdziały (chromosomy). Rozdziały
połączone za sobą tworzą całą książkę - organizm. Jak wiele informacji
jest zgromadzonych w kodzie DNA? Porównując to znowu do książek
można stwierdzić, że każde jądro komórkowe dowolnego organizmu
zawiera bazę danych o zawartości informacji większej niż 30 tomów
Encyklopedii "Britannica". Czy taka ilość informacji mogła pojawić
się przypadkiem? Zachowując analogię kodu DNA do książki: wyobraźmy
sobie, że z przypadkiem rozsypanych liter ułożyłaby się sama
sensowna książka. Prawdopodobieństwo to można dość łatwo
policzyć. Wynosi ono:
1/10 78000
(słownie: jeden do dziesięciu do potęgi 78 tysięcy).
Dla porównania:
Liczba sekund istnienia wszechświata (wg teorii Big Bang'u):
15 mld lat = 15*365*24*60*60*1000000000 = (ok.) 10 18
Liczba wszystkich atomów we wszechświecie:
10 80
Łatwo powiedzieć: "nieprawdopodobny przypadek". Łatwiej
też uwierzyć, że zdarzenie o tak niskim prawdopodobieństwie zajścia
rzeczywiście miało miejsce kiedy mówi się nieprecyzyjnymi ogólnikami.
Ale prawdopodobieństwo 1 do jedynki z 78 tysiącami zer nie pozostawia
cienia wątpliwości, że (o ile nie wystąpił błąd w obliczeniach)
zdarzenie takie nie mogło mieć miejsca.
W obliczeniach naleűaîoby uwzglëdnić fakt, że sensownych
kodów DNA jest bardzo dużo, nie tylko jeden. W związku z tym
prawdopodobieństwo powstania przypadkiem sensownego DNA
(takiego, dzięki któremu może powstać i żyć sprawny organizm)
jest w rzeczywistości kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt rzędów
wielkości większe. Niewiele jednak ta korekta zmienia,
prawdopodobieństwo jest ciągle niewyobrażalnie niskie.
Jedną z podstawowych reguł
fizyki jest zasada, że jeśli prawdopodobieństwo jakiegoś zdarzenia
spada poniżej 1/10 50 to zdarzenie to nazywa
się niemożliwym. Nie tylko powstanie pierwszej komórki nie jest
możliwe w świetle tych założeń, ale i dalsze rozwijanie
się gatunków i zwiększanie stopnia skomplikowania organizmów
przez mutacje. Pewien matematyk obliczył, że prawdopodobieństwo
zwiększenia złożoności znaczącej informacji przy pomocy przypadkowych
zmian wynosi 1/10 1000. Jeżeli ktoś nie wierzy
to można to łatwo sprawdzić: proszę wziąć średnio skomplikowany
program komputerowy w postaci kodu maszynowego i zmienić losowo wybrane
bajty na dowolne inne. Jak często (i czy w ogóle) uzyskamy w ten
sposób nową, ulepszoną wersję programu? Według moich doświadczeń
w najlepszym wypadku program dalej bedzie działał - w najgorszym
od razu się zawiesi. Czy więc kod DNA mógł powstać i zmieniać
się w sposób przypadkowy? Czy raczej jest to rzecz zaplanowana?
Trzeba w tym wszystkim pamiętać również o tym, że sam kod DNA to jeszcze nie komórka. Tak jak program komputerowy to jeszcze nie procesor - nawet jeżeli ten program potrafi zbudować i naprawiać procesor, na którym działa. Tak więc, aby pojawiła się na ziemi pierwsza żywa komórka musiało dojść do powstania odpowiednich fizycznych struktur składających się na kompletny, skomplikowany organizm - wliczając w to strukturę kodu DNA. Ale nawet to, że uzyskalibyśmy i komputer i program (struktury komórki i kod DNA) nie gwarantowałoby nam, że program zacznie działać (że komórka zacznie żyć).
W teorii, na papierze, w wyobraźni ludzi wszystko jest możliwe,
co tylko ma prawdopodobieństwo wieksze od zera.
Ale w praktyce pewne mało prawdopodobne, choć teoretycznie
możliwe rzeczy się nie dzieją. Możliwe jest powstanie samolotu
na złomowisku przez działanie trąby powietrznej, jednak tak
się nie dzieje. Możliwe jest, że krople deszczu będą zawsze
padać w to samo miejsce, jednak tak się nie dzieje.
Możliwe jest, że ziemia się rozpadnie, bo wszyscy mieszkańcy
ziemi akurat w tym samym momencie kichną, ale tak się
też nie dzieje. Gdyby ktoś ci powiedział, drogi czytelniku,
że niniejszy artykuł powstał w ten sposób, że w klawisze
klawiatury mojego komputera uderzał przypadkowo dziobem gołąb
to z pewnością byś nie uwierzył w taki absurd. Dlaczego wierzysz
więc w przypadkowe powstanie życia na ziemi, skoro
zaistnienie takiego zdarzenia jest jeszcze mniej prawdopodobne?
(wykorzystano opracowanie Macroevolution - A critique of first principles)
Wyobraźmy sobie prawdopodobieńtwo ułożenia przez niewidomego kostki Rubika. Na ile jest to możliwe, że ułoży ją dobrze? Jest to bardzo mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe. Brytyjski naukowiec Sir F. Hoyle otrzymał Nagrodę Nobla z dziedziny astronomii. Oszacował on prawdopodobieństwo powstania pojedynczej cząsteczki białka w tak zwanej "pierwotnej zupie". Podał, że wynosi ono tyle co prawdopodobieństwo ułożenia kostki Rubika przez niewidomych wypełniających ramię przy ramieniu cały Układ Słoneczny i to w tym samym czasie. W szkołach uczą nas, że przez przypadek powstała nie tylko komórka białka, ale cała skomplikowana maszyneria zawarta w cząsteczce. Sir Hoyle kiedyś wierzył, że jest to możliwe, lecz obecnie twierdzi, że Ex Nihilo 1995, vol. 17, No 4, s. 52)
Do tego, by uwierzyć w teorię ewolucji potrzeba znacznie więcej wiary niż by uwierzyć, że życie powstało na skutek działania inteligentnego stwórcy.
W podręczniku do drugiej klasy liceum (Tomasz Umiński, "Biologia, część 2", 1998 Warszawa) na stronach 188-190 znajduje się rozdział poświęcony praptakowi (Archaeopteryx). Skamieniałości praptaka wskazują na to, że był on wielkości gołębia, miał wydłużony pyszczek z ostrymi zębami i długi ogon. Był podobny do wielu gatunków małych gadów spokrewnionych z dinozaurami. Niezwykłą rzeczą jest to, że praptak miał na ogonie i na kończynach przednich pióra, jak u ptaków. To był dowód, że mamy naprawdę do czynienia z praptakiem - pisze Umiński. Czy jest to naprawdę dowód, że był to przodek współczesnych ptaków? Autor pisze również: Darwin przewidywał, że w materiale kopalnym znajdziemy "brakujące ogniwa" między dziś żyjącymi odbrębnymi gatunkami zwierząt i oto, jak na zawołanie, pojawiło się jedno z nich.. Czy praptak jest rzeczywiście "ogniwem pośrednim"?
Według klasycznego modelu ewolucyjnego gatunki ewoluowały w ciągu bardzo długiego okresu czasu od form prostych do coraz bardziej złożonych. Elementem, który kierował proces przypadkowych zmian na właściwe tory był dobór naturalny. Mechanizm tych zmian był w czasach formułowania podstaw teorii ewolucji nie znany i przyjmowano po prostu za dogmat, że gatunki w jakiś-tam sposób ulegają powolnym zmianom. Neodarwinizm przyjął, że mechanizmem tym są mutacje organizmów, i ten model ewolucyjny jest obecnie obowiązującym modelem w polskich (i nie tylko) szkołach, czasopismach, programach popularnonaukowych a nawet na uczelniach.
Kiedy Darwin zakładał fundamenty swojej teorii nie miał on jeszcze żadnych dowodów na ewolucję, opierał się tylko na poszlakach i domysłach. Brakowało głównego świadka rozprawy: form przejściowych między gatunkami zwierząt. Darwin był świadom, że brak mu najważniejszych dowodów, mimo to zdecydował się ogłosić swoją teorię zaznaczając, że co prawda nie znaleziono obecnie form przejściowych między gatunkami, ale z biegiem czasu odkrywany materiał kopalny będzie zawierał aż nadto dowodów na makroewolucję. Zgodnie z założeniami teorii Darwina form przejściowych powinno być więcej niż gotowych - zakładano wszak stosunkowo płynną przemianę od gatunków prostych do bardziej złożonych i lepiej przystosowanych. Nie tylko powinno być ich więcej niż form ukończonych, ale powinny być to w większości formy nieudane, bo ewolucja miała przebiegać zupełnie przypadkowo, czuwał nad nią jedynie dobór naturalny, na skutek którego przetrwać miały gatunki najlepiej przystosowane.
Czy więc znaleziono przewidywaną rzeszę świadków przemawiających na korzyść ewolucji? Czy znaleziono mnóstwo dziwnych, powstających dopiero, zmutowanych, nierzadko nieudanych form przejściowych, które widział oczami wyobraźni Darwin? Odpowiedź jest zaskakująca: Nie znaleziono do tej pory żadnych organizmów, które możnaby uznać za formy przejściowe. Przeciwnie, wszystkie znajdowane organizmy, które szumnie ogłasza się "odkrytym brakującym ogniwem" są już formami gotowymi, u których każdy organ jest na miejscu i sprawnie spełnia określoną funkcję.
Brak w zapisie kopalnym spodziewanego bogactwa organizmów będących w trakcie przechodzenia z jednego w drugi, form nieudanych, niedziałających sprawnie jest dużym problemem dla współczesnego ewolucjonizmu. Coraz częściej wśród ewolucjonistów pojawiają się głosy sugerujące, że założenia teorii są błędne, bo materiał kopalny nie zawiera tego co powienien był zawierać. Powstają więc nowe para-ewolucyjne teorie bardziej pasujące do faktów, jak na przykład teoria przerywanej równowagi. Wśród czołowych ewolucjonistów trwają więc dyskusje nad tym jaki model ewolucji przyjąć, a póki naukowcy nie ustalą między sobą co jest właściwym poglądem oficjalnie obowiązuje to co obowiązywało, czyli: że ewolucja przebiegała płynnie przez długi okres czasu, mechanizmem zmian były mutacje, a wszystkim kierował dobór naturalny. O kompletnym braku ogniw pośrednich nie mówi się głośno i sprawnie się to ukrywa, co w dzisiejszych czasach jest o tyle łatwe, że nikt praktycznie nie ma czasu ani ochoty na szukiwanie dziur w teoriach, w które w końcu wszyscy wierzą. Efektem tego jest to, że w książkach do biologii przedstawia się praptaka jako "ogniwo pośrednie" - dowód na ewolucję.
Tymczasem praptak nie jest żadnym dowodem na ewolucję i jest w równym stopniu "ogniwem pośrednim" co na przykład papuga falista, pająk krzyżak albo krokodyl. Fakt, że budowa praptaka jest częściowo taka jak u gadów, częściowo taka jak u ptaków (skrzydła) nie świadczy ani o tym, że jego przodkowie nie mieli skrzydeł, ani o tym, że jego następcy byli już ptakami. Można równie dobrze powiedzieć, że przodkiem praptaka był praptak, a następcą praptaka też praptak, nic nie wskazuje na to, że było inaczej. Praptak jest stworzeniem gotowym, wszystkie jego organy zdają się być w pełni wykształcone, gotowe, spełniające dobrze swoją funkcję. Nie ma on prawie-skrzydeł, już-nie-łap-jeszcze-nie-skrzydeł, łap-w-trakcie-przechodzenia-w-skrzydła, ale ma gotowe funkcjonalne skrzydła. Jak stwierdza sam autor podręcznika takie, jak pióra ptaków współczesnych. Tak więc ani praptak ani ichtiostega (Ichthyostega) ani żaden inny organizm stojący pod względem budowy na granicy między dwoma grupami ogranizmów nie jest dowodem na ewolucję dopóki jest w pełni działającym, gotowym organizmem.
Zgodnie z tym czego się uczy w szkołach i na uczelniach materiał kopalny powinien zawierać o wiele więcej "form przejściowych" niż form gotowych, znacznie więcej form nieudanych niż form udanych. Pytam więc: gdzie one są?
Kiedy teoria ewolucji była jeszcze w powijakach nikt nie wiedział w jaki konkretnie sposób zachodziły zmiany w organizmach, które owocowały powstawaniem nowych gatunków i nowych organów. Postęp w biologii i biochemii spowodował, że koniecznym stało się zaproponowanie jakiegoś wytłumaczenia, które by wyjaśniło co powodowało zmiany w organizmach. Proste stwierdzenie "powolne zmiany", które wystarczało w czasach powstawania podwalin teorii ewolucji, w świetle ogromnego postępu jaki się dokonał od czasów Darwina jest dzisiaj nie do przyjęcia. Należy to jakoś wytłumaczyć, zwłaszcza, że olbrzymi stopień skomplikowania w budowie organizmów świadczy zdecydowanie przeciwko ewolucji. Darwin formułował swoją teorię mając w głowie zupełnie inny obraz organizmów żywych. W jego czasach spodziewano się, że budowa organizmów żywych okaże się prosta, piękna, jednorodna, może nawet podobna do struktury kryształu. Gdy odkryto budowę białka i kwasu DNA fundamenty świata zbudowanego na modelu ewolucyjnym zadrżały w posadach. Nikt nie spodziewał się, że u podstaw życia leży coś tak brzydkiego i tak skomplikowanego jak białko.
Dzisiejszy stan wiedzy zmusza ewolucjonistów do precyzyjnego wytłumaczenia mechanizmu zmian makroewolucyjnych. Stwierdzono, że kwas dezoksyrybonukleinowy DNA bardzo rzadko ulega uszkodzeniom. Ma on również mechanizmy, które sprawiają, że potrafi sam siebie naprawić w przypadku błedów przy kopiowaniu. Powstała kopia kodu DNA jest taka sama jak pierwowzór i nie ma wcale tendencji do ewoluowania ani do zmian. Jedyną możliwością jaka pozostała ewolucjonistom było zaproponowanie modelu, w którym zmiany dokonując się przez mutacje, czyli przypadkowe błędy przy kopiowaniu.
Jak prawdopodobne jest to wytłumaczenie? Czy rzeczywiście błędy w kopiowaniu kodu DNA, będącego informacją o budowie organizmu, kumulując się mogły doprowadzić do powstania nowych, sprawnych organów i nowych gatunków? Jest to równie prawdopodobne jak gdyby wziąć program "Notepad.exe", poddać go dużej ilości przypadkowych zmian, aż do uzyskania programu "Netscape Navigator". Jest to porównanie w wystarczającym stopniu izometryczne. Będąc programistą mogę z całą pewnością i spokojnym sumieniem stwierdzić, że coś takiego się nigdy nie uda, chociaż teoretycznie jest to możliwe. W praktyce jednak jest to absolutnie niemożliwe, bez cienia wątpliwości. Wydłużanie w nieskończoność czasu w jakim te zmiany miałyby się dokonywać oraz ich ilości w niczym nie pomoże, a wręcz przeciwnie: im dłuższy czas tym większy chaos, jako że w przyrodzie panuje entropia - dążenie do rozkładu, jednorodności, chaosu, przeciętności. Należy jeszcze wziąć pod uwagę, że kod DNA jest nieporównywalnie bardziej skomplikowany i zawiera o wiele więcej informacji niż "Netscape Navigtor".
Ewolucjoniści zdają sobie z tego sprawę, że bez czegoś co kierowałoby proces przemian na właściwe tory mutacje nie wytłumaczą niczego. Tutaj na pomoc przychodzi dobór naturalny. Wg neodarwinistów dobór naturalny był tym, co kierowało przypadkowe zmiany w dobrym kierunku usuwając organizmy nieudane (były słabe więc zwyczajnie ginęły), a zostawiając te, które były silne. Ta wersja wydaje się na pozór sensowna i prawdopodobna. Składa się ona na oficjalnie obowiązujący model ewolucyjny, który wpaja się jako udowodniony fakt młodym ludziom w szkołach.
Czy dobór naturalny mógł kierować procesem ewolucji? Czy on właśnie był tym, co zatwierdzało "postępowe" mutacje, a niszczyło nieudane?
Nasuwa się tutaj sporo wątpliwości. Przede wszystkim skąd zjawisko zwane doborem naturalnym ma wiedzieć co jest postępowe a co nie? Porównując dwa kody DNA nie da się stwierdzić czy jeden jest lepszy czy drugi, aż do chwili gdy na podstawie kodu powstanie białko, a powstałe białka złożą się w jeden organizm, a ten organizm przez pewien czas będzie funkcjonował. Mając dwa kwasy DNA obok siebie nie można zdecydować, który z nich jest lepszy - dobór naturalny nie działa na tym poziomie. Nie istnieje więc coś takiego jak "dobór kumulatywny" co postuluje Richard Dawkins w znanej książce "Ślepy zegarmistrz". Zasada doboru kumulatywnego jest w skrócie taka: z grupy organizmów, które wyewoluowały wybieramy najbardziej zbliżone do ideału. Grupa tych organizmów ulega dalszym zmianom i znowu wybieramy z nich ten, który zmienił się w oczekiwany sposób. W ten sposób zmiany się kumulują. To rozumowanie wiedzie jednak do nikąd, bo przecież organizm nie wie do czego ma dążyć, zmiany nie dążą w jakimś określonym kierunku, nie mają wzoru, do którego by mogły dążyć, są zupełnie przypadkowe.
Założymy jednak na moment, że było coś takiego jak dobór kumulatywny. Powstaje następny problem: dlaczego nie znaleziono w zapisie kopalnym ogromnej ilości nieudanych mutacji? Jeżeli one są podstawą ewolucji to dlaczego większość (a może nawet wszystkie) znajdowanych organizmów robi wrażenie zupełnie zdrowych, niezmutowanych, udanych tworów?
Jeszcze innym problemem jest to, że organizmy, które są słabsze powinny były zostać wyeliminowane przez dobór naturalny, a pozostać powinny te silniejsze. Dlaczego więc grupy zwierząt, które według teorii ewolucji znajdują się na bardzo niskim szczeblu drabiny ewolucyjnej nie zostały wyeliminowane przez dobór naturalny? Były wystarczająco silne, aby przetrwać - powie ktoś. Ale skoro były wystarczająco silne aby przetrwać to po co miałyby ewoluować w silniejsze formy? Czy dobór naturalny nie wyeliminowałby ich skoro działa on na zasadzie: lepszy gatunek to silniejszy gatunek? Czyż nie wydaje się dziwne, że przetrwało aż takie bogactwo form "słabych" (czyli: starszych, wcześniejszych)?
Jak często zdarzają się mutacje? Co jest potrzebne, aby zaszła mutacja? Mutacja z definicji jest błędem przy kopiowaniu się komórki. W normalnych, prawidłowych warunkach mutacje nie zdarzają się wcale, bo nie ma powodu, aby się miały zdarzać. Ale warunki życia rzadko są idealne, od czasu do czasu powstają więc błędy. Problem tkwi jednak w tym, że większość błędów kod DNA jest w stanie sam wykryć i naprawić. Jest więc trudno doprowadzić organizm do tego, aby sam zaczął popełniać błędy przy kopiowaniu swoich komórek.
Jeżeli już jednak zdarzy się jakaś mutacja to czy zdarza się, że jest ona korzystna? Większość z nas wyobraża sobie (i słusznie!), że organizm-mutant jest czymś raczej zepsutym, uszkodzonym bardziej niż ulepszonym. To prawda. Doświadczenia z mutowaniem muszek owocowych wykazały, że prawie wszystkie mutacje były szkodliwe dla organizmu i kończyły się jeżeli nie szybką śmiercią to w najlepszym wypadku uszkodzeniem lub osłabieniem organizmu. Korzystnych mutacji jest mniej niż Murzynów na Antarktydzie, a już takich mutacji, które doprowadziłyby do powstania nowego, sprawnie funkcjonującego organu nie ma wcale.
W tym miejscu należy dodać, że wiele osób utożsamia (czy to z braku wiedzy czy też z innych przyczyn) mutacje ze zmianami w organiźmie, bez uściślenia mechanizmu powstania tych zmian. Mutacje myli się z mikroewolucją (pewnymi nieznacznymi zmianami w budowie organizmu, które jednak nigdy nie wychodzą poza informacje już zawarte w kodzie DNA - nigdy więc przez mikroewolucję nie powstanie coś nowego), zmianami cech organizmu powstałymi w wyniku ruchu transpozonu, genetycznej rekombinacji typu "crossing over", reprodukcji seksualnej czy innymi naturalnymi mechanizmami. W ten sposób mówiąc "mutacja" ludzie mają na myśli jakąkolwiek zmianę w organiźmie, a nie to czym naprawdę jest mutacja - błędem przy kopiowaniu DNA.
Czy więc możliwe, że organizmy ewoluowały poprzez mutacje
kontrolowane przez dobór naturalny? Teoretycznie jest to możliwe
- jak wszystko w teorii ewolucji. W praktyce wysoce nieprawdopodobne
i wątpliwości w tym punkcie są jak najbardziej uzasadnione.