Ze mną było tak.
Urodziłem się i wychowałem w Krakowie, w typowo polskiej,
katolickiej rodzinie, która trzy razy w roku bywa w kościele
(Boże Narodzenie, Wielkanoc i Boże Ciało), ale gdy trzeba
to wiary ojców jest gotowa bronić do ostatniej kropli krwi.
Kiedy dorastałem w naturalny sposób zacząłem coraz dojrzalej i coraz bardziej samodzielnie myśleć, i zacząłem szukać odpowiedzi na najważniejsze pytania: skąd się tu wziąłem, co chce robić w życiu i kim być, czy jest Bóg, i jaki on jest. Najważniejsze w tym wszystkim było to ostatnie pytanie, bo więcej wiary trzeba aby wierzyć, że Boga nie ma niż na to, że jest. Ale nie w tym problem czy on jest, problem w tym jaki jest, czego ode mnie chce, i co ze mną zrobi kiedy już umrę.
Z tego co się dowiedziałem z lekcji religii wynikało, że żeby po śmierci żyć z Bogiem w niebie należy umrzeć bez grzechu na koncie, lub przynajmniej umrzeć z grzechami lekkimi, bo jak się umrze z choć jednym grzechem ciężkim to trafia się do piekła. W praktyce sprowadzało się to do tego, że trzeba zdążyć się przed śmiercią wyspowiadać i już. Zawsze byłem bardzo praktyczny i konkretny, więc równie praktycznych odpowiedzi na swoje pytania szukałem. To czego mnie nauczyli nie za bardzo mi się podobało: bo co to za Bóg, który przyjmuje do nieba na podstawie loterii, bo przecież nigdy się nie wie czy tramwaj człowiekowi głowy nie utnie w poniedziałek rano, kiedy w niedziele się z lenistwa nie poszło do kościoła, co stanowi grzech ciężki. W tym wszystkim zupełnie nie mogłem zrozumieć po co na przykład jest tzw. komunia, wychodziło na to, że do niczego się w praktyce nie przydaje. Nie mogłem też zrozumieć po co Jezus przyszedł na ziemię i dał się zabić. Wyjaśnienie, że "przyszedł, żeby umrzeć na nasze grzechy" niczego nie wyjaśniało, a wręcz przeciwnie, komplikowało sprawę jeszcze bardziej, bo przecież uczono mnie, że grzechy Bóg odpuszcza przez spowiedź. No więc po co przyszedł i co właściwie znaczy to enigmatyczne stwierdzenie, że "umarł za nasze grzechy" albo, że "umarł, żeby nas zbawić".
Zniechęcony tym czego mnie uczyli postanowiłem sobie stanowczo, że będę się trzymał tego co jest napisane w Biblii, w końcu ci co mnie uczyli mówili, że całą swoją wiedzę biorą z Biblii, lepiej więc samemu sprawdzę źródło, pomijając pośredników. Tyle, że w tym czasie Biblii nie miałem, ani jej nie czytałem, pominąwszy Psalm 130, który czytaliśmy w szkole, a który nic nowego do sprawy nie wnosił. Postanowiłem, że kupię sobie Biblię przy najbliższej okazji. Ale stało się inaczej. Miałem wtedy 16 lat.
Moja sytuacja w domu była taka sobie. Moi rodzice nieszczególnie się mną interesowali, a ja też nie czułem wcale takiej potrzeby. Dla ludzi normalne jest to co widzą i słyszą, normalnością jest świat, który ich otacza. Dla mnie normalnością był model rodziny, który ja widziałem w domu. U mnie w domu nie rozmawiało się o niczym poważniejszym, nikt mnie nie przytulał kiedy byłem dzieckiem, więcej słyszałem złych słow o sobie, niż dobrych. W tych dniach mój ojciec dużo pił, a kiedy pił zachowywał się, mówiąc delikatnie, mało spokojnie. Kiedy w nocy starałem się ze wszystkich sił zasnąć, żeby nie słyszeć nic z tego co się działo za ścianą, kiedy próbowałem się nie bać i nie zwracać uwagi na walenie własnego serca, wtedy Bóg był jedynym, który był ze mną, jedyną moją nadzieją i siłą, nawet pomimo tego, że go wcale jeszcze nie znałem, wiedziałem tylko, że gdzieś tam jest i słyszy co mówię. Miałem nadzieję, że coś zmieni, że kiedyś będą lepsze czasy. I tak się też później stało - w zupełnie niezrozumiały dla mnie sposób, niemal z dnia na dzień, ojciec przestał pić. Do dzisiaj nie wiem dlaczego i w jaki sposób się to stało, ale dziękuję Bogu za to.
To wszystko sprawiło, że byłem bardzo nieśmiały, często unikałem ludzi, byłem sam, i najczęściej odpowiadało mi to, ale dużo też było chwil, kiedy samotność bardzo mnie bolała i była trudna do zniesienia. Siedziałem dużo w domu zajmując się komputerem - graniem i programowaniem (pierwszy komputer miałem w wieku ok. 8 lat). Nie lubiłem nawet wychodzić do sklepu, dlatego, że tam byli ludzie i musiałbym do nich mówić.
Początek był taki,
że kiedy miałem 17 lat, w drugiej klasie liceum (o profilu
matematyczno-informatycznym rzecz jasna),
kolega pokazał mi książkę zatytułowaną mniej więcej:
"jak powstało życie - przez ewolucję czy przez stworzenie".
Tytuł mnie zainteresował, ale dużo bardziej zainteresowała
mnie treść tej małej książeczki, w której przytoczono fakty,
o których nikt mi nigdy nie mówił, a z których wynikało,
że ewolucja to nie udowodniony ponad wszelką wątpliwość fakt,
ale ledwie teoria, przeciwko której przemawia więcej faktów
niż za nią. Pożyczyłem książkę, przeczytałem, pomyślałem
i wkurzyłem się zadająć sobie pytanie: "dlaczego nikt mi o tym
nie powiedział?!". Od tego momentu na lekcjach biologii
przestałem być tylko biernym słuchaczem, ale zacząłem zadawać
pytania i zgłaszać objekcje za każdym razem kiedy nauczycielka
mówiła coś wychodząc z założenia, że ewolucja jest faktem.
Wiedza, którą zdobyłem z książki okazała się prawdziwa,
ale nauczycielka była w trochę niezręcznej sytuacji, bo nie
mogła mi zarzucić, że mówię nieprawdę, a z drugiej strony
musiała się trzymać programu nauczania. Było więc ciekawie,
zwłaszcza kiedy przegadywaliśmy całą lekcję przeznaczoną
na pytanie i wystawianie ocen. Nauczycielka biologii była
młoda i przyszła do nas w zastępstwie naszej poprzedniej
nauczycielki, ale więcej szczegółów nie pamiętam.
W końcu przyszła zima i zbliżały się ferie zimowe. Po jeden z burzliwszych lekcji biologii nauczycielka powiedziała, żebym został po lekcji. Oczywiście przestraszyłem się, że przeholowałem w moim kontestowaniu jedynie słusznego programu nauczania. Zostałem więc później i okazało się, że nauczycielka chciała mi dać zgłoszenie na obóz językowy angielskiego organizowany przez amerykańską organizację International Messengers. Powiedziała, że wybrała mnie dlatego właśnie, że się tak udzielałem w tematach ewolucyjno-kreacjonistycznych i pomyślała, że może mnie to zainteresować. Faktycznie, interesowało mnie to, zwłaszcza, że się dowiedziałem, że International Messengers to organizacja chrześciańska, i mogłem się czegoś nowego dowiedzieć o Biblii. Angielski też mnie bardzo interesował, chciałem się go nauczyć tak, żeby posługiwać się nim tak jak polskim. To był mój pierwszy obóz w życiu (nie licząc kolonii pracowniczych, na które jeździłem jak byłem mały), pomyślałem, że czemu nie, pojadę, to chyba lepsze niż przesiedzenie całych ferii przed komputerkiem (całe dwa miesiące poprzednich wakacji spędziłem z komputerem nie wychodząc prawie z domu). Wziąłem jeszcze jednego kolegę i pojechałem.
Na obozie uderzyło mnie to, że wszyscy są do mnie
przyjaźnie nastawieni. To, że ktoś podchodzi do mnie i mówi
"cześć" było dla mnie wielką nowością, prawie szokiem.
Dla człowieka normalne jest to co zna, a ja tego wcześniej
nie znałem. Poznałem więc kilka osób i kiedy tylko
mogłem, zbierałem się na odwagę i zadawałem pytania,
głównie o to co jest a co nie jest napisane w Biblii.
Wyrzuciłem z głowy wszystko co mi mówili i napełniałem
wszystko od zera, tym razem tylko i wyłącznie z Pisma Świętego.
Mam ciągle w głowie obraz jak idę gdzieś na wycieczkę
i pytam jedną dziewczynę, Marzenę:
- A co jest w Biblii na temat czyśćca?
- No, właściwie to nie ma nic o czyśćcu w Biblii.
- Jak to, nie ma nic? To skąd się to wzięło?
- Z Tradycji.
I tak przestałem wierzyć w czyściec. Potem oczywiście sam
wszystko sprawdzałem czytając bardzo szybko i dużo
Biblię i rzeczywiście, czyśćca tam nie ma.
Biblię, którą czytałem miałem za darmo - dostałem ją, a właściwie je. Po polsku, i po angielsku. Strasznie mnie to zdziwiło, bo bodaj pierwszy raz w życiu dostałem coś wtedy za darmo. I stało się to dla mnie wymownym symbolem, że to, za co chciałem zapłacić dostałem za darmo.
Później rozmawiałem z jedym chłopakiem i jedną dziewczyną. Chłopak opowiadał mi w jaki sposób Bóg działał w jego życiu, i jak na przykład sprawił, że gość nie poszedł do wojska. Słuchałem tego mocno zszokowany, widząc na żywym przykładzie, że Bóg jest żywy i realny, i że zajmuje się nami. W ten sam sposób uświadomiłem sobie, że ten obrazkowy, figurkowy Jezus, o którym mnie uczono na religii był żywym człowiekiem, dotykalnym, tak jak ja, i że umierał w całkiem praktyczny, rzeczywisty sposób, bez dźwięku organów i zapachu kadzidła, umierała nie żałosna papierkowa, religijna Bozia, ale żyjący człowiek, Jeszua, który mówił o sobie, że jest Synem Boga. I zrozumiałem też powód, dla którego Jeszua musiał umrzeć. Bóg, będąc sprawiedliwym i świętym, nie może darować winy udając, że nic się nie stało - była wina, musi być kara. Za każde moje kłamstwo, przestępstwo, przekleństwo, oszustwo, za każdą rzecz, którą obraziłem Boga albo zraniłem ludzi muszę ponieść karę, bo Bóg jest sprawiedliwy. Więcej, Bóg nie mogąc tolerować zła i brudu zmuszony własną sprawiedliwością skazać mnie musi na piekło za moje winy. I wyjście z tej sytuacji było jedno: jeżeli ktoś zgodzi się wziąć karę za siebie, będę uratowany przed skazującym wyrokiem. I po to właśnie przyszedł Jezus, i po to właśnie umarł - żeby ginąc w moje miejsce, skasować z mojego konta te rzeczy, które skazywały mnie na śmierć i piekło. I to wtedy zrozumiałem.
Ale samo zrozumienie to tylko wstęp. Wiedziałem, że mam decyzję do podjęcia. Zobaczyłem wtedy wagę, z jednej strony były wszystkie moje pragnienia i marzenia, które miałem w życiu: dom w Anglii, studiowanie informatyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, może nawet żona, pieniądze i inne. Z drugiej strony widziałem tylko ukrzyżowanego człowieka, i wiedziałem, że to oznacza posłuszeństwo temu człowiekowi, naśladowanie go i służenie mu, wierząc, że on jest Panem i Bogiem, bez żadnych obietnic, ufając tylko i wierząc, że da mi wszystko co potrzebuję tutaj na ziemi, a po śmierci będę miał życie wieczne w jego imieniu. Przemyślałem dobrze decyzję i wiedząc z czego rezygnuję wybrałem Jezusa.
Taka decyzja zawsze pociąga za sobą zmiany. Zmienia się sposób patrzenia na świat. Inaczej świat rozumiałem. Przestałem być z dnia na dzień nieśmiały - teraz ja podchodziłem do innych mówiąc "cześć", ciesząc się samą ich obecnością i możliwością poznawania ich. Na tym obozie pierwszy raz zacząłem używać imienia "Martin". Przestałem się bać śmierci, mając zupełną pewność, że póki wierzę w Jezusa - żyję wiecznie. A ponieważ mam zamiar zawsze wierzyć w Jezusa, wiem, że nawet jeżeli umrę to będę żył, bo tak mi Jezus obiecał, a on nie kłamie nigdy! Jak cudownie się zasypia beż strachu, że mogę się już nie obudzić. I Bóg zaczął do mnie mówić na różne sposoby.
Kiedy wracałem do domu liczyłem się z myślą, że moim rodzicom, jako obrońcom prawdziwej wiary przodków, może się bardzo nie spodobać, to, że teraz wierzę w Jezusa, a nie w Kościół. I owszem, bardzo im się to nie spodobało, ale nie wyrzucili mnie z domu, z czym się też liczyłem.
Nie napiszę teraz o tym co się dalej działo, o tym jak Bóg do mnie mówił i co mówił, o moim ciekawym chrzcie w wodzie, o chrzcie Duchem Świętym, o tym jak widziałem, że obietnice z Biblii wypełniają się na moich oczach, jak słowo staje się rzeczywistością, o prorokowaniu, o wizjach, o ludziach ze wszystkich kontynentów, których poznałem, o tym jak zacząłem grać na gitarze, której dawniej nienawidziłem i śpiewać, na co dawniej nie zdobyłbym się nigdy, i pisać piosenki, na co dawniej nie miałem ochoty ani umiejętności i o wielu innych rzeczach, którymi Bóg napełnił moję życie po brzegi czyniąc je jedną wielką przygodą, "Niekończącą się Historią" (NeverEnding Story). Nie napiszę teraz o tym, bo miałem opisać tylko początek drogi, co niniejszym uczyniłem.
Martin Lechowicz

